Jesteś tutaj
Główna > Cykle > Dumni z Polski > Gdy Polacy ratują świat. Czego możemy nauczyć się z Bitwy Warszawskiej? #DumniZPolski

Gdy Polacy ratują świat. Czego możemy nauczyć się z Bitwy Warszawskiej? #DumniZPolski

Zarazą polskiego patriotyzmu jest to, że nie przeżywamy naszych zwycięstw. Oczywiście to zdanie jest radykalne i trochę przesadzone. Jest jednak faktem, że mamy kult porażki i pielęgnujemy ten kult przy każdej możliwej okazji. Zrozumiałe jest to, dlaczego tak się dzieje – w końcu nie świętujemy przegranej, ale najczęściej mężną walkę naszych przodków. Ludzi, którzy mimo nierównych szans bohatersko chwycili za broń, często przesuwając się o krok do granicy, za którą była wolność.

Niezrozumiałe natomiast jest to, dlaczego nie świętujemy w radosny sposób sukcesów, które przecież również okupiliśmy potem i krwią. Wyobraźmy sobie, że w naszym życiu odnosimy olbrzymi sukces zawodowy, na który pracowaliśmy całą dekadę. Oczywiście będziemy potem o nim pamiętać, wspominać, świętować. Dokładnie to samo możemy zrobić z naszymi narodowymi zwycięstwami. Aby tak było, warto poznać te największe i najważniejsze. Poznać, aby wyciągnąć wnioski i pewną konstruktywną dumę do codziennej pracy.

Dziś obchodzimy rocznicę Bitwy Warszawskiej, którą świętować powinniśmy nie tylko My, ale i cały świat (poza Rosją oczywiście). Zachęcam do odbycia krótkiej podróży po naszym (moim zdaniem) największym militarnym (i dużym obywatelskim) sukcesie narodowym. Bo sukces to olbrzymi i kolosalny – to moment, w którym Polacy niczym Avengersi stanęli przeciw zalewowi „obcej cywilizacji”. I wygrali. Weź więc kubek dobrej kawy i ruszaj razem ze mną!


Materiały takie jak ten mogą powstać, ponieważ Blog Republikański to oddolne, niezależne medium. Odwiedź Sklep Republikański i wesprzyj budowę naszego wartościowego miejsca w Internecie.


UWAGA! Ostrzegam, że niektóre fragmenty mogą nie nadawać się dla osób o słabych nerwach i wysokiej empatii.

Komu my się w ogóle przeciwstawiliśmy?

Zanim wejdziemy w bitewny zgiełk, warto się zastanowić „kto był po drugiej stronie?”. Bo przecież przeciwnik był konkretny. I jeśli miał pójść dalej na Europę i zawłaszczyć ten kontynent, to warto się zastanowić jakie niósł za sobą wzorce, jaką alternatywę kulturową itd.

Rosja Lenina

W. Lenin to zbrodniarz, który powinien być stawiany w jednym szeregu z Hitlerem czy Stalinem.

„alternatywa kulturowa” była bardzo nieciekawa. W okolicach roku 1920, czyli czasy które nas interesują, Rosja od lat przechodziła bardzo drastyczne, rewolucjonistyczne zmiany. Na czele stał „wielki wódz rewolucji” Władimir Iljicz Uljanow, czyli po prostu Włodzimierz Lenin. Postaci zapewne nie trzeba przedstawać, warto jednak zaznaczyć, że to człowiek, który:

  • uważał, że dojść do prawdziwego komunizmu można jedynie na drodze rewolucji (oczywiście krwawej i bezlitosnej)
  • rewolucję październikową traktował jedynie jako przyczynek do rewolucji ogólnoświatowej
  • miał na sumieniu miliony niewinnych istnień
  • był wyznawcą socjalistycznych teorii ekonomicznych Karola Marksa
  • Wprost uważał aparat terroru za niezbędny do funkcjonowania państwa w jego wizji

Te pięć punktów wydaje się całkiem znamienne i pewnie dla wielu wystarczające, aby wiedzieć, że po drugiej stronie stała okrutna, barbarzyńska dzicz. Zajrzyjmy jednak do lektury „Rewolucja Rosyjska”, w której Richard Pipes pisze tak:

„Lenin stale też zachęcał swoich oficerów do terroryzowania ludności cywilnej. Proponował Slanskiemu: „Postaraj się ukarać Łotwę i Estonię środkami wojskowymi (na przykład… przekrocz w jakimś miejscu granicę choćby na jedną wiorstę i powieś 100–1000 ich urzędników i bogaczy)””

Lenin bardzo poważnie podchodził do swojej życiowej roli. Wiedział, że wprowadzając system komunistyczny drogą rewolucji, nie będzie „rządzić miłością”. Potrzebny był aparat terroru, który to został z wielką starannością zbudowany w formie Czeka – tajnej, rosyjskiej policji. Czymże zajmowała się ta organizacja? Przede wszystkim torturowaniem i usuwaniem osób, które stanowiły zagrożenie (prawdziwe lub wydumane) dla nowej, wspaniałej, zbawczej koncepcji. Zatrudniano tu m.in. byłych kryminalistów, którzy wreszcie mogli sobie pofolgować jeśli chodzi o metody wyżywania się. Do tortur zaliczały się takie rzeczy jak polewanie wrzątkiem gołej skóry, którą następnie ściągano, czy odrywanie skóry i włosów od reszty głowy (coś pokrewnego do skalpowania).

Sam Wódz Rewolucji bynajmniej nie był jedynie sprawnym organizatorem. Wiedział dokładnie jak zaprowadzać nowy, lepszy świat. Poniżej przedstawiam dwie z jego błyskotliwych myśli.

Każdy co dziesiąty winny pasożytnictwa zostanie rozstrzelany na miejscu… Musimy wzmóc siłę terroru… Rozstrzeliwać i wywozić… Zapoczątkować bezlitosny, masowy terror przeciw kułakom, popom i białogwardzistom…”

„Musimy… łamać wszelki opór z taką brutalnością, żeby nie zapomniano o niej przez kilka dziesięcioleci.”

Jak widać wiedział co robi. I prawdę mówiąc, jeśli miałbym wyzbyć się wszelkich ludzkich odruchów i chrześcijańskiej moralności, to mógłbym powiedzieć: te metody miały sens. Lenin wiedział co robi!

Komunizm udowodnił dobitnie, że bardzo sprawnie demoluje całą gospodarkę (a więc przede wszystkim uderza w zwykłych obywateli). Gdy wprowadza się go na drodze krwawych, nagłych zmian – powstaje dodatkowo chaos i ogólny bałagan. Bardzo ciężko utrzymać kraj w ryzach, a jest to niezbędne, jeśli ma się – tak jak Lenin – w planach opanowanie całego świata (a przynajmniej Europy). Jednym ze sposobów na to jest krwawe rozprawianie się z każdym, nawet domniemanym wrogiem i terroryzowanie obywateli.

Bolszewicy na wojnie

Z zabiegiem który teraz zastosuję, prawdopodobnie wielu z moich czytelników się nie zgodzi. Rozumiem to, jednak uważam, że warto to zrobić, żeby sprawdzić jak bolszewicy i ogólnie ludzie „tamtej mentalności” mogli zachowywać się na wojnie.

Aby to zrobić, należy przypomnieć sobie jak „Rosja nas wyzwoliła” spod buta Niemców. Oczywiście wyzwolenie żadnym wyzwoleniem nie było, warto jednak uświadomić sobie, że to jak zachowywali się po prostu okrutnie i bestialsko. Oczywiście na porządku dziennym były gwałty i kradzieże.

Niestety na porządku dziennym było również sadystyczne obchodzenie się z ludźmi, których „wyzwalali”. Mowa tu o rozpruwaniu brzuchów, odcinaniu rąk i tym podobnych okrucieństwach – i to jedynie za to, że napotkani Polacy nie chcieli oddać wystarczająco dużo swojego dobytku.

Jeśli chodzi zaś o gwałty – najlepszy będzie opis z książki „Czerwona Zaraza” Dariusza Kalińskiego.

„Kobiety, matki i ich córki leżą z lewej i prawej wzdłuż drogi, a przed każdą z nich stoi hałaśliwa gromada mężczyzn ze spuszczonymi spodniami. Kobiety, które krwawiły albo traciły przytomność, odciągano na bok, a żołnierze strzelali do tych, które próbowały ratować swoje dzieci”

Oczywiście ktoś może powiedzieć „hola hola, to jest ponad 20 lat później”. Nie ma co się jednak oszukiwać, mentalność nie różniła się zbytnio w obu okresach i takich samych należy spodziewać się reakcji i zachowań ze strony Rosjan zaprowadzających nowy, lepszy świat.

Bolszewicy w gospodarce

Ostatnia kwestia nie jest już tak bardzo  okrutna, natomiast na poziomie normalnego życia oraz rozwoju wywiera olbrzymie piętno – czyli kwestie ekonomiczne. Rewolucja, którą nieść mieli na całą Europę Bolszewicy, była oczywiście związana z chęcią wdrożenia nowego, wspaniałego systemu państwowego – komunizmu.

Czy tak wyglądałaby dzisiaj Europa, gdyby nie Polacy?

I tutaj długo zastanawiać się nie musimy. My, Polacy, bardzo dobrze zdajemy sobie sprawę jakie skutki niesie ten „zbawienny ustrój. Brak potępu, puste sklepy, gigantyczne kolejki to tylko wierzchołek góry lodowej. Pod nim znajduje się zdecydowanie mniejsza możliwość spełnienia zawodowego (bo jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę państwa, nasza prywatna myśl się nie liczy). Potrzeba zdobywania znajomości, aby móc żyć na przyzwoitym poziomie, uzależnianie się od jedynej słusznej partii.

W takim kraju bogacenie się obywateli jest albo powolne, albo wręcz niemożliwe – chyba, że ktoś jest u władzy. W związku z tak ogromną pozycją partii i państwa, dużo bardziej rozbudowany musi być aparat terroru (co przedstawiłem powyżej jako Czeka, ale co może przybrać mniej okrutne formy, jak choćby Służba Bezpieczeństwa w drugiej połowie PRL). Krótko mówiąc – ustrój – zbawienie, okazał się jedynie wielkim obozem terroru, zakazów i ucisku, oraz pozbawienia ludzi jakiejkolwiek możliwości inicjatywy.

Warto dodać na koniec jedynie jedno. Szacuje się, że pierwszych (najcięższych) 40 lat ZSRR nie przeżyło ~70 milionów obywateli! Tyle powinno wystarczyć aby każdy z nas potrafił sobie wyobrazić jak mogłaby wyglądać Europa, gdyby taka filozofia i taka kultura podbiła cały kontynent. A do tego było bardzo, bardzo blisko.

Sytuacja historyczno-geopolityczna

11 listopada 1918 roku Polska symbolicznie odzyskała niepodległość (choć oczywiście sprawa jest bardziej złożona). Od tego momentu przed władzami i obywatelami stanęło kolosalne wyzwanie odbudowy swojego kraju. Jednym z absolutnie najważniejszych wtedy elementów była obronność i tym zajęto się w pierwszym rzędzie (niestety dzisiaj wojsko traktujemy trochę po macoszemu, ale to inna sprawa na inny artykuł). Tą misję podjął oczywiście sam Józef Piłsudski, który został zwierzchnikiem Sił Zbrojnych.

W ramach kontekstu geopolitycznego warto sobie powiedzieć, że nie był to spokojny czas, jak ten nasz w latach 90′ po odzyskaniu niepodległości. To były czasy ciągłych bitew to tu to tam, nie było więc mowy o spokojnym budowaniu Wojska Polskiego. A to trzeba było walczyć z hordami Niemców wracających z frontu, którzy grabili co popadnie. A to z kolei gdzieś indziej trzeba było bronić się przed Czechami, którzy postanowili uszczknąć kawałek z młodziutkiej, rodzącej się w bólach Polski. To znów z Rosjanami, którzy zajmowali nm Wilno. Jednym słowem – Europa środkowa nie była spokojnym, stabilnym miejscem, a raczej polem które dopiero co się kształtowało.

Najbardziej jednak niebezpiecznym elementem tego kształtowania była Rosja i jej plany zbudowania komunistycznego imperium na terenie całej Europy. Sytuacja na wschód od naszego kraju była bardzo dynamiczna i wybuchowa – wystarczy jednak powiedzieć, że finalnie wewnętrzne walki wygrali i doszli do władzy bolszewicy. Gdy na początku 1920 roku Bolszewicy wygrali definitywnie, rozpocząć miał się komunistyczny marsz wojsk Rosyjskich w kierunku Wisły i rozpętanie rewolucji komunistycznej w naszym kraju.

Być może z powodu właśnie ciągłych bitew, być może z powodu zwykłej ludzkiej głupoty i krótkowzroczności (co dziś można obserwować na potęgę), niestety otaczające nas państwa nie widziały zagrożenia ze wschodu. Co więcej – odmawiały pomocy i przeszkadzały nam w przygotowywaniu się do kolejnej wojny. Dla przykładu – Czesi nie przepuścili przez woje ziemie transportu uzbrojenia dla Polaków, a strajk ogłosili niemieccy dokerzy.

W tym miejscu warto podkreślić pomoc Węgrów, którzy okazali się prawdziwym sojusznikiem. Tuż przed wojną z Bolszewikami przysłali do nas całe zapasy amunicji. Ponadto przez parę tygodni amunicja produkowana była jedynie na nasze potrzeby.

Przygotowanie do obrony

Organizacja Polski przed czerwoną nawałnicą

I tak oto płynnie przeszliśmy do momentu, w którym stało się jasne, że czekają nas kolejne ciężkie walki. Co warto podkreślić – walki z niezwykle zdeterminowanym, podbudowanym ideologicznie wrogiem. Co więc zrobiły polskie władze? Automatycznie wzięły się do przemyślanej i wspólnej pracy przygotowawczej.

gen. Kazimierz Sosnowski przygotowywał zaplecze dla wojny

I to warto podkreślić sobie już teraz. Niekiedy patrzymy na Bitwę Warszawską jako na wielki zapał polskich żołnierzy. Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie wcześniejsze mądre przygotowanie się do tej walki.

W pierwszym rzędzie utworzona została Rada Obrony Państwa – czyli taki komitet nadzwyczajny, który miał za zadanie oczywiście przygotować Polskę na starcie z komunistami. Co warto podkreślić, w jego ramach funkcjonowali przedstawiciele rządowi, ale także wszystkich głównych opcji politycznych. Politycy stanęli na wysokości zadania i zdecydowali się na współpracę ponad podziałami.

Powołano do życia Rząd Obrony Narodowej, na którego czele stanął Wincenty Witos. Do jego zadań należało oczywiście przygotowanie militarne, mobilizacja obywateli, ale także… rozmowy dyplomatyczne, na wypadek przegranej. Przygotowywano się na każdą ewentualność – na szczęście ta najgorsza nie doszła do skutku.

W tym miejscu wspomnieć należy postać Generała Kazimierza Sosnowskiego – ministra spraw wojskowych. To on i jego ludzie odwalili kawał roboty, żeby przygotować Polskę do sprawnego funkcjonowania w stanie wojny – a jak można się domyślać, nie jest to łatwe zadanie. Tak więc należało zorganizować całą logistykę, komunikację, drogi żywienia, uzbrojenie, przerzuty wojsk itp.

Ruch Obywatelski

Niestety, w pewnym momencie wyczerpały się możliwości organizacji normalnej, profesjonalnej armii. Po drugiej stronie natomiast szykowała się ogromna siła wroga. W takiej sytuacji oczywiście polskie władze sięgnęły po obywatelską tkankę kraju. Za mobilizację zwykłych ludzi, gotowych do błyskawicznego przeszkolenia i walki z hordami barbarzyńców odpowiedzialny był rząd Wincentego Witosa.

Ogłoszono powstanie Armii Ochotniczej, do której zgłaszać się mogli wszyscy Ci, którzy zdolni byli fizycznie do walki, ale którzy poborem objęci wcześniej nie zostali. Tak więc dotykało to przede wszystkim. uczniów szkół średnich oraz mężczyzn gotowych do walki. Można w bardzo dużym uproszczeniu powiedzieć, że ówczesna Armia Ochotnicza była pewnym odpowiednikiem dzisiejszych Wojsk Obrony Terytorialnej – tylko dziś możemy trenować i szkolić się w luksusowych warunkach, nie zaś pod widmem ataku wroga.

Efekty mobilizacji obywatelskiej? Porażające. Poprzez nagłą decyzję wyruszenia na front przez zwykłych ludzi sformowano dodatkowe siły liczące… ponad 100 000 żołnierzy! Zdaję sobie sprawę, że porównanie jest bardzo nieadekwatne, ale tyle mniej więcej liczy dzisiejsze Wojsko Polskie (choć oczywiście trzeba pamiętać, że znaczenie liczbowe jest zupełnie inne dziś i inne było wtedy).

Warto to zapamiętać i wziąć sobie do serca. Ludzie Ci czuli coś, co dzisiaj, w XXI wieku zanika. Mianowicie, czuli oni odpowiedzialność. Odpowiedzialność za siebie, za swoje rodziny i za swój kraj. Pewnie bali się makabrycznie, ale potrafili się z tym strachem skonfrontować i przezwyciężyć go, bo sprawa o którą walczyli była bardzo ważna. Pamiętajmy o tym dziś, gdy mamy spokojniejsze czasy. Bo często od odpowiedzialności wszelkiego typu uciekamy jak od ognia. A to właśnie (między innymi) ona zdecydowała o tym, że mamy dziś taki świat, jaki mamy. Odpowiedzialność możemy zacząć budować już teraz, poprzez codzienne wybory. I będzie to wspaniałe czerpanie z naszej historii.

Walka

W końcu po trudnym czasie przygotowań dojść miało do jeszcze trudniejszego egzaminu – do walki. Od jej powodzenia lub niepowodzenia zależał kształt przyszłej Polski, a prawdopodobnie również Europy. Masowy komunizm z rozbudowanym aparatem terroru? Czy wolny świat, który przeciwstawił się barbarzyńcom?

Nawiasem mówiąc – warto wspomnieć tutaj, że określenie „Bitwa Warszawska” nie jest zbyt fortunne, bowiem w Warszawie żadnej bitwy nie było. Był za to szereg bitew na przedpolach Warszawy.

Ossów

Pierwszym, najważniejszym celem był Ossów. To kluczowy, strategiczny punkt. Jeśli Bolszewicy zdobyliby go, droga do Warszawy byłaby znacznie łatwiejsza.

13 sierpnia 1920 roku wojska bolszewickie starły się z polską 11 Dywizją Piechoty. Nasza walka została przegrana, zaś Rosjanie bez przeszkód mogli pójść dalej i zająć znajdującą się niedaleko wieś Leśniakowizna. Ta natomiast stanowiła „furtkę” do Ossowa. Jeszcze w nocy doszło do walk, ale niestety przeciwnik już nad ranem mógł rozpocząć marsz po strategiczny punkt walk.

Kolejna sekwencja zdarzeń przypominała bohaterską, acz nieskuteczną niestety walkę z agresorem. Rosjanie atakowali prząc na przód, Polacy zaś bronili zacięcie, ostatecznie łamiąc się jednak pod ogniem nieprzyjaciela. Warto podkreślić, że w bitwach tych brały udział oddziały ochotników! To oni, choć pozornie nieskutecznie, stawiali jednak opór Czerwonej fali.

Opór, choć zbierał krwawe żniwo po stronie polskiej, to cały czas stanowił skuteczną blokadę przed wejściem wojsk bolszewickich do Ossowa. Choć być może „blokada” to nie najlepsze określenie – bowiem wróg był już w wiosce! I to właśnie oddziały ochotników wypchnęły go znów do wcześniejszych pozycji. W tych walkach poległ m.in ksiądz Ignacy Skorupka, kapelan harcerzy i ochotników. Zginął udzielając pomocy rannemu żołnierzowi.

Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna, bo w końcu ile można odpierać liczniejsze, profesjonalne siły wroga oddziałami ochotników? W końcu linia obrony została przełamana i walki na dobre rozpoczęły się w Ossowie. Polacy jednak nie dawali za wygraną nawet w tak ciężkim położeniu. Ochotnicy w połączeniu ze zorganizowanymi na powrót siłami rozbitych wcześniej oddziałów stoczyli heroiczną, spartańską wręcz walkę. Nawet gdy wypierani byli ze swoich pozycji, zaraz podejmowali kontratak i szturmowali nie tylko przy pomocy ognia, ale i bagnetów oraz walki wręcz. I to naprawdę działało!

Godzina 10:00 – to był moment, w którym dzielności i zapalczywości Polaków pomógł również spryt i inteligencja. Z pomocą nadszedł bowiem 13 pułk piechoty z Rembertowa. Porucznik Szewczyk nie uderzył jednak wprost, tak jak mogli się tego spodziewać Bolszewicy. Zamiast tego okrążył wojska nieprzyjaciela, nawiązał kontakt z artylerią i uderzył od południowego wschodu. Nagłe, agresywne uderzenie z zaskoczenia (w połączeniu z artylerzystami) doprowadziło do odwrócenia ról w walce. Bolszewicy zostali rozbici w pył i zmuszeni do absolutnie niezorganizowanego odwrotu, nazywanego profesjonalnie „paniczną ucieczką w popłochu”.

To zapalczywa, dzielna, ciężka, ale i inteligentna walka Polaków pod Ossowem spowodowała, że Bolszewicy nie zbliżyli się już potem bardziej do Warszawy.

Pozostałe walki

Ossów był niewątpliwie najważniejszym punktem. Poza tym jednak niesłychanie istotne było uderzenie znad Wieprza. Polscy dowódcy z Józefem Piłsudskim na czele, przyjrzeli się obecnej sytuacji i zauważyli, że między dwoma frontami istnieje około 200 km luka. Postanowili wykorzystać ten fakt i uderzyć.

16 sierpnia rozpoczęto uderzenie, atakując skrzydło frontu zachodniego, które bez skutków próbowało zdobyć Warszawę. Polacy w ciągu paru dni odzyskali Garwolin, Mińsk Mazowiecki i Siedlce, odcinając Bolszewikom drogę odwrotu.

Kolejne dni to pogoń za wrogiem i stopniowe, coraz większe spychanie z terenu naszego kraju.

Finalne statystyki są szokujące:

  1. Polacy
    • stracili 4.5 tysiąca żołnierzy
    • Za zaginionych uznaje się 10 000 osób
    • ranni: 22 000 osób
  2. Bolszewicy
    • szacuje się straty na poziomie 25 000 osób
    • 70 000 żołnierzy w polskiej niewoli
    • liczne straty sprzętu, który trafił w polskie ręce

To wszystko mogło zostać zrealizowane dzięki solidnym przygotowaniom, działaniu ponad podziałami, obywatelskiej mobilizacji, inteligencji dowódców i niewyobrażalnej zapalczywości bojowej żołnierzy (tak profesjonalnych, jak i ochotników).

Wnioski dla nas

Poznaliśmy już zagrożenie, które zbierało się nad Polską oraz Europą. Poznaliśmy również etap przygotowań i nieprawdopodobnego zapału bojowego naszych rodaków. Czas zastanowić się nad najważniejszą rzeczą: po co nam to?

Bo widzisz – dzięki naszemu mózgowi każde zdarzenie możemy wykorzystać na kilka sposobów. Albo możemy o nim zapomnieć, albo możemy je czcić, albo możemy się na nim uczyć i inspirować. Ponieważ to cykl #DumniZPolski, to oczywiście powiemy sobie jak to co się stało 99 lat temu, może napędzać nas tu i teraz.

Sprawa jest dość prosta – mamy tu tak wiele punktów które nas mogą zainspirować, ale i zobowiązać, że po prostu trzeba je wypisać, a następnie przemyśleć jak wdrożyć w życie.

  • Współpraca ponad podziałami
  • Obywatelska postawa
  • Odpowiedzialność
  • Spryt
  • I oczywiście… WALECZNOŚĆ!

We wstępnie do serii pisałem, że mamy takie 3 dobre, narodowe cechy:

  • Waleczność
  • Zaradność i przedsiębiorczość
  • Pracowitość

W historii Bitwy Warszawskiej oczywiście można wyciągnąć wszystkie 3, ale chciałbym, żebyśmy skupili się na waleczności.

I pisząc „waleczność” mam na myśli bardzo wiele aspektów tej wspaniałej cechy. Najbardziej podstawowy z nich pokazali żołnierze w Ossowie, którzy zaciekle kontratakowali Bolszewików ogniem, bagnetami i pięściami. Takiej waleczności warto się nauczyć. Oczywiście by bić się w słusznej sprawie. Oby nigdy nam nie przyszło bić się za Polskę. Bardzo prawdopodobne jednak, że przyjdzie nam bić się w czyjejś (lub swojej) obronie. I waleczność jest wtedy na wagę złota.

Są jednak inne formy „waleczności”, które pielęgnować możemy każdego dnia. To inaczej „staranie się”. Ciągle, o lepsze efekty naszej pracy. O to, aby być lepszym mężem i lepszą Mamą. W życiu tak wiele rzeczy może na nas spaść, że bez ciągle wypracowywanej waleczności, zostaniemy przytłoczeni.

A wcale tak nie musi być. Mamy w „polskim genie” zacięcie, aby w trudnych i bardzo trudnych sytuacjach walczyć o to co dobre. Aby w tych momentach, w których coś się wali, wziąć na siebie odpowiedzialność, podjąć olbrzymi trud i wygrać.

Dokładnie tak, jak wygraliśmy 99 lat temu na przedpolach Warszawy, możemy wygrywać w naszym życiu.

Zadanie

Ostatnim punktem jest zadanie dla Ciebie. Jeśli przeczytałeś artykuł od początku ze skupieniem, to widziałeś kolejne elementy pewnej analizy. Identyfikacja wroga, systemowe, przemyślane przygotowania, wreszcie akcja i działanie, walka.

Zidentyfikuj w ten sposób coś naprawdę trudnego w Twoim życiu. Coś, co być może na Ciebie naciera od dawna, z czym przegrywasz, ale być może i coś, co dopiero się zbiera do uderzenia. Poznaj wroga i zastanów się jakie mogą być konsekwencje, jeśli przegrasz. Wypisz sobie to, o co naprawdę warto walczyć. Tak naprawdę! Zobacz, co jest naprawdę ważne i godne walki. Coś większego, od Twojego egoistycznego i leniwego „JA”.

Następnie przeprowadź systemowe przygotowania. Tak jak nasi dowódcy i politycy. Opracuj plan, sprawdź jego dobre i złe  strony. UWAGA! Przygotuj się, ale nie pozwól by samo planowanie trwało wieczność.

Na koniec – działaj, walcz. To Twoja narodowa cecha! Rozpocznij być może długą i mozolną, ale zaciekłą walkę z prawdziwym wrogiem. Wróg to nie musi być człowiek. Wróg najczęściej siedzi w nas. Pamiętajmy o tym i nie zrażajmy się kolejnymi porażkami. Czasem trzeba się wykrwawić, aby chwilowo zatamować atak nieprzyjaciela i osłabić jego szeregi.

POWODZENIA!


Ja nazywam się Marek Czuma, a to jest Blog Republikański

Piszę do Ciebie Prosto z Łodzi


Wszystkie materiały na blogu mogą powstawać dzięki Sklepowi Republikańskiemu. Kupując, wspierasz budowę Społeczeństwa Obywatelskiego.

Miejsca, z których korzystałem pisząc ten artykuł:

Zostań na dłużej:

 

 

Marek Czuma
Autor Bloga Republikańskiego. Chrześcijanin, Polak, Łodzianin. Wierzy w ludzi i ich możliwości, kocha pomagać innym. Uważa, że człowiek wolny kształtuje siebie poprzez własne wybory oraz pracę. Poza tym fan Wiedźmina i CD Projektu - zarówno na giełdzie, jak i w działaniu.

Dodaj komentarz

Top