Jesteś tutaj
Główna > Cykle > Finanse > O nierównościach społecznych z „trzeciej strony”

O nierównościach społecznych z „trzeciej strony”

Polska – według Eurostatu – ma podobny poziom nierówności dochodowych, co Szwajcaria. Jest niższy niż średnia UE (5.1) i wynosi 4,6. Wydaje mi się, że wiadomość ta to znakomita okazja, aby podyskutować o – szeroko pojętych – nierównościach społecznych. Odnoszę bowiem wrażenie, że część rzeczy, która została przyjęta jako dogmat powinna zostać przynajmniej ponownie przemyślana (jeśli nie przedyskutowana). Artykuł ten należy traktować oczywiście nie jako ocenę ekspercką, ale jako głos obywatela o irytującej, maniakalnej potrzebie ciągłego analizowania otaczającego nas świata;-).


Materiały takie jak ten mogą powstać, ponieważ Blog Republikański to oddolne, niezależne medium. Odwiedź Sklep Republikański i wesprzyj budowę naszego wartościowego miejsca w Internecie.


Co oznaczają współczynniki S80/S20 oraz Giniego?

Na początku wyjaśnijmy sobie podstawowe zagadniena. Badanie „nierówności” bowiem często przyjmujemy na wiarę. W końcu skoro „ekonomiści tak twierdzą” to znaczy, że temat zbadali. A skoro zbadali, to dyskutować można na temat skutków i przyczyn. Trochę jak w fizyce – mamy grawitację, więc możemy tylko zastanawiać się co zrobić, żeby po skoku z dużej wysokości nie bolało tak bardzo.

Tymczasem bardzo proste i radykalne określenia, takie jak „nierówności największe są w kraju XXX i są dużo większe, niż jeszcze 150 lat temu!” powinny zostać przyjęte – owszem, z szacunkiem, ale i również pewnym sceptycyzmem. Za każdym takim stwierdzeniem bowiem kryje się konkretna metoda, lub też zestaw metod pomiaru. Te metody są w głębi swojej stricte matematyczne. To dopiero ekonomiści nadają im opisowego charakteru. Warto o tym pamiętać, ponieważ podczas nadawania im tego opisowego charakteru oraz przy wyciąganiu wniosków aż roi się miejsc do subiektywizmu i ideologii. Oczywiście pamiętać o tym należy, aby zagłębić się w temat, nie zaś aby ślepo kontestować wszelkie prace ekonomistów.

Zacznijmy od przytoczonego wyżej wskaźnika S80/S20. Zasięgnijmy w tym celu do definicji wziętej ze słowniczka GUSu.

„S80/S20 – Stosunek sumy dochodów uzyskanych przez 20% osób o najwyższym poziomie dochodów (najwyższy kwintyl) do sumy dochodów uzyskanych przez 20% osób o najniższym poziomie dochodów(najniższy kwintyl).”

Tak więc sprawdzamy dochody 20% najuboższych i zestawiamy z dochodami 20% najbogatszych osób. Jeśli współczynnik wynosi np. 8, oznacza to, że przeciętnie osoba „ze szczytów” zarabia 8 razy więcej, niż osoba „z nizin”.

Jest to bardzo ciekawe narzędzie, ponieważ faktycznie zestawia dość spore grupy osób. Gdy tutaj nierówności są wysokie, mogą być realnie zauważalne w społeczeństwie.

Innym bardzo popularnym narzędziem stosowanym do badania nierówności – tym razem materialnych/kapitałowych (a więc nie tylko dochodu) – jest współczynnik Giniego. Liczony według odpowiedniego wzoru pozwala stwierdzić jak bardzo bogactwo jest rozłożone na społeczeństwo. Ogólna zasada jest następująca: jeśli współczynnik Giniego wynosi 0 – każdy ma dokładnie tyle samo bogactwa. Jeśli wynosi 1 – całe bogactwo zgromadzone jest w rękach jednego człowieka.

Ponieważ nie jest to narzędzie stricte ekonomiczne, a matematyczne, można to odnieść także do koncentracji innych rzeczy. Ciekawskich odsyłam do wikipedii, gdzie wyjaśniony został wzór. Nie jest zbyt skomplikowany, dlatego można się go z łatwością nauczyć. Warto jednak pamiętać, że wartość 1 jest raczej symboliczna – wynik nigdy nie osiągnie idealnej jedynki, a będzie raczej do niej dążył (oczywiście gdy całość „zasobów” jest skoncentrowana w jednym miejscu).

Skoro znamy już podstawowe narzędzia, możemy przejść do dylematów, które moim zdaniem powinniśmy poruszać. Bez ideologii i bez zbędnych emocji – po prostu powinniśmy się nad nimi zastanowić.

Czym są nierówności społeczne?

No właśnie – być może zauważyłeś, że od początku artykułu jedyne niezmienne słowo to „nierówności. Do tego dodaję kolejne określenia – dochodowe, materialne (kapitałowe) czy wreszcie – społeczne. Bardzo dużym problemem jest to, że niekiedy pada określenie „nierówności są duże”. I w tym momencie przestajemy dyskutować na temat tego czy są dobre, czy są złe, wszyscy radośnie przechodzą do finału – „co zrobić, aby były mniejsze?”. Niekiedy pojawia się grupka, która niczym Rejtan rozdzielając swe szaty broni nierówności mówiąc, że są dobre ponieważ motywują do pracy.

I absolutnie nikt nie spyta prowodyra całej dyskusji – „ok, ale jakie nierówności? Społeczne? Materialne? Dochodowe?”. Zaskakująco często dyskutanci wymiennie stosują wszystkie te określenia, jakby były synonimami. Tymczasem – choć są one powiązane – to nie wolno ich ze sobą utożsamiać. To zabija całą debatę, ponieważ nie opieramy się na faktach.

Bo jeśli ktoś mówi o nierównościach w posiadanym bogactwie, a opiera się na współczynniku S80/S20 (opisanym wyżej) – to znaczy, że patrzy na wyniki jednej analizy, a mówi o innym zjawisku.

Tak więc należy możliwie precyzyjnie formułować swoje tezy oraz tematykę do której się odnosimy. Jako jeden z ważniejszych przykładów można podać specyficzne zjawisko. Otóż najbogatsi ludzie na świecie, będący często prezesami wielkich firm, mający olbrzymie pokłady kapitału, pobierają niewielkie, często symboliczne pensje (np. w wysokości 1$). Przy okazji badania koncentracji bogactwa ludzie Ci będą „na szczycie”, jednak gdybyśmy posługiwali się narzędziami do badania nierówności dochodowych, będą oni z pewnością wśród 20% najmniej zarabiających.

Mam nadzieję, że ten temat przedstawiłem dość jasno. Kolejną sprawą jest to czym są nierówności społeczne? Ponieważ nie wolno ich – moim zdaniem – zrównywać ani z nierównościami dochodowymi, ani z koncentracją bogactwa. Gdy Karol Marks pisał swój „Kapitał”, ludzie faktycznie byli (w wielu przypadkach) okrutnie wykorzystywani przez dużych kapitalistów i nie mogli zbyt wiele z tym zrobic. Wtedy bogacz i biedak stanowili tak bardzo różne stany społeczne, jakby pochodzili z absolutnie różnych światów. Dziś w Polsce nie ma mowy o tak drastycznych różnicach. Nawet najbiedniejsi mają dostęp do edukacji, do wiedzy, informacji, opieki zdrowotnej. Dzisiaj przykładowy nastolatek z Polski ubiera się podobnie jak nastolatek z USA. Używamy telefonów komórkowych z tymi samymi systemami, korzystając z tych samym aplikacji.

Nie chcę przez to powiedzieć, że żadne różnice spowodowane stanem materialnym nie istnieją. Jedni mogą bez obaw zwiedzać kolejne restauracje, inni liczą każdą złotówkę starannie przygotowując posiłek. Chcę jedynie powiedzieć, że nie są to w żaden sposób porównywalne różnice do tego, co było choćby 100 lat temu, czy w czasach Marksa.

To wszystko powoduje, że utożsamianie jakichkolwiek mierzalnych materialnie nierówności z nierównościami społecznymi jest fałszywe. Możemy społecznie bowiem różnić się dużo bardziej z powodów choćby kulturowych czy charakterologicznych. Jeden ma dużo łatwiej niż drugi, ponieważ jest zdeterminowany, pracowity i inteligentny oraz wychowany został w nierozbitej rodzinie, któa zapewniła mu stabilny rozwój emocjonalny. To wszystko skutkuje dużo większymi szansami, tymczasem zupełnie nie bierzemy tego pod uwagę!

Temat ten zostawiam nierozwiązany, pod rozwagę. Aby nie brać za pewnik tego, co powiedzą ekonomiści podpierający się losowo złapanym współczynnikiem.

Czy nierówności są złe? A może wręcz przeciwnie?

Kolejna sprawa to temat, który w zaskakujący sposób stał się dogmatem. Nagle znaleźliśmy się w świecie, w którym nierówności dochodowe oraz materialne po prostu są złe. Czy tak jest na pewno? Bo jeśli tak jest i radykalnie możemy stwierdzić, że nierówności są złe, to mam proste rozwiązanie. Jest nim twardy, żelazny komunizm zrównujący wszystkie płace oraz stan oszczędności.

Niech każdy dostaje taką samą pensję. Dodatkowo raz na kwartał każdy będzie przelewał oszczędności do urzędu skarbowego, ten zaś rozleje je równo pomiędzy wszystkich.

No właśnie, tylko przy tak radykalnie postawionej sprawie zaczynamy czuć, że coś jest nie tak. Więc być może nierówności są dobre?

Tu z odsieczą przychodzą czasy Karola Marksa, które już omówiliśmy. Cóż – tu z odsieczą przychodzi nawet obecna sytuacja Ukrainy lub Rosji, gdzie oligarchowie mają decydujący głos. Widzimy gołym okiem, że bardzo duże nierówności niekoniecznie muszą być korzystne. W tym miejscu wielu ludzi rozkłada bezradnie ręce. Bo jak to tak, że jakaś sprawa może mieć więcej, niż tylko dwie możliwości?

Moje zdanie (!) jest następujące: sam fakt nierówności może być jak najbardziej pozytywny, niesie jednak również poważne skutki uboczne. To, że ktoś się wzbogacił, nie powinno wywoływać czyjejś zazdrości, ani tym bardziej nienawiści. Powinno nas raczej stymulować do pracy, jeśli chcemy być bogatsi. Tylko tutaj oczywiście trzeba postawić warunek, że taki człowiek musi mieć warunki do tego, aby móc się wzbogacać dzięki swojej pracy. To już złożony temat – z pewnością pomocne będzie niezbiurokratyzowane prawo, przyjazne państwo i niskie podatki na start. Niezbędny również będzie dostęp do wiedzy i informacji oraz odpowiednich zasobów.

Warto w tym miejscu zauważyć pewną wadę kapitalizmu – gdy duże firmy stają się potężnymi korporacjami, zaczynają się chronić w sposób, który powinniśmy odrzucić, na przykład lobbując za zmianami prawnymi, które będą im sprzyjać i wyeliminują konkurencję. Tu więc jest podstawowa rola rządzących o której się nie mówi w kontekście nierówności. Polega ona na tym, żeby prawo było możliwie stabilne i wolne od ingerencji jednostkowych grup wpływu. Cały system państwowy powinien być logicznie skonstruowanym mechanizmem. W kontekście nowych podmiotów na rynku oznacza to maksimum wolności gospodarczej – naturalna konkurencja rynkowa jest już wystarczającym wyzwaniem, nie potrzeba dodatkowych przeszkód biurokratycznych i podatkowych.

Nie trzeba więc sztucznie ograniczać „bogaczy” (na przykład opodatkowując ich na poziomie 90%). Należy wesprzeć (przede wszystkim nie przeszkadzać) tych, którym wiedzie się gorzej, nie zaś uderzać w tych, którym się wiedzie lepiej. I stymulować te elementy gospodarki, które są najbardziej „misyjne” w kontekście całego społeczeństwa – a więc tych, które wspierają dostęp do wiedzy, informacji czy rozwoju umiejętności.

Czy naprawdę bogacze są tak bardzo bogaci?

1% najbogatszych ma tyle, co pozostałe 99% ludzkości.

26 najbogatszych ma tyle, co 50% ludzi na świecie

1% najbogatszych ma więcej, niż całe PKB świata

Odnoszę wrażenie, że każdy z nas kojarzy wyżej wymienione punkty. To naprawdę zaskakujące, ale podobne tezy głoszone są przez poważnych ekonomistów i szanowane tytuły prasowe. To sprawa na dłuższy artykuł, który kiedyś napiszę, jednak warto zwrócić w tym kontekście uwagę na dwie rzeczy.

  1. To bzdura, 1% najbogatszych wcale nie ma tak wiele.
  2. Z niewiadomych powodów, opisywane wyżej tezy nie są dowodem uznania, ale zawiści. Czemu?

Najpierw spójrzmy na pierwszy punkt. Co w ogóle oznacza, że najbogatsi ludzie na świecie mają jakiś majątek? Jak już wskazałem wyżej, prezesi wielkich firm niekiedy zarabiają symboliczne pieniądze – znanym przykładem był Steve Jobs. Najbogatsi ludzie to często właściciele założonych przez siebie firm.

I to właśnie te firmy są ich majątkiem. Powiedzmy, że ktoś posiada 50% firmy, którą założył. Po 20 latach rozwoju owa spółka warta jest na giełdzie 100 mld $. W związku z tym człowiek ten posiada majątek wart 50 mld $. Robi wrażenie! Szczególnie, jeśli zestawimy to z naszymi zarobkami (co jest nieuzasadnialne, bo jedno to majątek, a drugie to pensja – dwie różne rzeczy) lub oszczędnościami.

Tylko, że ów bogacz nie ma wcale tych 50 mld $ w portfelu. Ma je w postaci akcji. Kiedyś przynajmniej miał jakieś papiery wartościowe, dziś nawet i one są wirtualne. Tak więc nie może pójść do salonu samochodowego czy sklepu spożywczego i kupić auta albo kajzerek z musztardą. Te 50 mld zupełnie nie jest porównywalne z naszymi pieniędzmi, ponieważ nie daje mu realnej możliwości konsumpcyjnej.

No dobrze, ale przecież może sprzedać akcje, a wtedy hohoho – będzie żył jak król. Plaża, drinki, posiadłości – wszystko warte jakieś 50 mld $. No właśnie nie. Ponieważ:

  1. W momencie, w którym chciałby sprzedać całe akcje, ich cena z rynkowych powodów drastycznie by spadła.
  2. Zostałby obłożony podatkiem od zysków kapitałowych. Oczywiście to już zależy od konkretnego kraju – w Polsce wynosi to 19%.
  3. Wątpliwe, by znalazł wystarczająco wielu kupców by zaspokoić swoje potrzeby. Z pewnością nie znaleźliby ich wszyscy najbogatsi ludzie na raz.

Tak więc nie dość, że nie ma możliwości sprzedaży tych akcji po obecnej cenie, nie dość, że akcje te będą dużo tańsze, to jeszcze nie uda mu się ich sprzedać. Czyli mowa o majątku wartym 50 mld $ jest czysto teoretyczna. I tą czysto teoretyczną wartość przedstawiamy jako coś namacalnego i zestawiamy z majątkiem ubogiej części globu, której majątek jest jak najbardziej namacalny. I taki wybieg robią poważni ludzie!

Druga sprawa, to z jakiej racji mamy czuć zawiść do ludzi tylko dlatego, że są bogaci? Współcześnie najbogatsi ludzie to naprawdę osoby, które realnie zmieniły świat. I oczywiście można polemizować na ile go zmieniły na lepsze. Można polemizować, na ile przy okazji wniosły nowych zagrożeń – osobiście nie jestem fanem Facebooka czy Google. Nie przyszłoby mi jednak kwestionować wielkiego wkładu w kształt współczesnego świata oraz pracy, jaką włożyli założyciele tych firm. Nie są to dziedzice, którzy w spadku dostawali miliardy dolarów.

Podsumowanie

Słowem podsumowania – temat nierówności jest złożony i wielowymiarowy. We współczesnej debacie natomiast został spłaszczony do roli pieniędzy oraz stwierdzenia, że nierówności są złe. Ekonomiści wykorzystując brak wiedzy przeciętnych ludzi manipulują nami.

Jakie jest moje osobiste zdanie? W osobistym aspekcie warto na pieniądze patrzeć po chrześcijańsku – czyli czysto utylitarnie. Dobrze jest je mieć, dobrze jest umieć nimi zarządzać, ale zupełnie nie jest dobrze, gdy wzbudzają one nadmierne emocje i powodują, że z zawiścią patrzymy an innych. Pamiętajmy, że to tylko narzędzia, zaś prawdziwe „skarby” ukryte są gdzie indziej. No i sumiennie, uczciwie pracujmy na coraz lepsze wyniki.

Ze strony państwowej należy dbać o czysty, wolny rynek dla tych, któzy chcą swoją pracą dorobić się bogactwa. Rządzący powinni umieć opierać się lobby wielkich korporacji, które chcą chronić same siebie.

Jeśli chcesz zrobić coś w aspekcie leprszego zrozumienia swoich pieniędzy, to polecam mój kurs-book. Tłumaczę jak mądrze skonstruować swój osobisty system, aby pieniądze były znakomitymi narzędziami. I żeby było ich coraz więcej;-). Każdy zakup w Sklepie Republikańskim przeznaczony jest na rozwój Bloga Republikańskiego.


Ja nazywam się Marek Czuma, a to jest Blog Republikański

Piszę do Ciebie Prosto z Łodzi


Zostań na dłużej:

Marek Czuma
Autor Bloga Republikańskiego. Chrześcijanin, Polak, Łodzianin. Wierzy w ludzi i ich możliwości, kocha pomagać innym. Uważa, że człowiek wolny kształtuje siebie poprzez własne wybory oraz pracę. Poza tym fan Wiedźmina i CD Projektu - zarówno na giełdzie, jak i w działaniu.

2 thoughts on “O nierównościach społecznych z „trzeciej strony”

  1. Czyli – problem nie jest w tych którzy mają pieniądze, problem jest w tych, którzy ich nie mają i zrzucają winę za to na innych.
    (Pomijam tutaj przypadki gdy nie jest to ich wina – jednak w większości ludzie nie mają pieniędzy przez własne działanie)

    1. Nie lubię osądzania kto jest na pewno winny, kto nie. To zależy jak się patrzy – czy od strony personalnej czy państwowej. Od państwowej jest mnóstwo do zrobienia. Od osobistej, czyli gdy ja się zastanawiałem (i zastanawiam) nad swoim położeniem, to raczej lubię brać całą „winę” na siebie i szukać rozwiązań. Uważam, że to dobre podejście.

Dodaj komentarz

Top