Gdy jechali na tegoroczny turniej, opinia publiczna uznawała dojście do „pierwszej szóstki” za szczyt możliwości sportowców. 30 września zdobyli drugie z rzędu mistrzostwo świata pokonując drużynę Brazylii 3:0. Warto bliżej przyjrzeć się siatkarzom naszej reprezentacji i to właśnie od nich rozpocząć cykl #DumniZPolski. Przypominam, że w jego ramach poznajemy historie polskich (szeroko pojętych) zwycięstw, by inspirować się nimi i wyciągać wnioski. To wszystko zaś w celu budowania silnej i zdrowej polskiej tożsamości, aby z nową siłą móc budować naszą obecną rzeczywistość.

Artykuł wstępny możesz znaleźć tutaj, a tymczasem my ruszamy w podróż w trakcie której zbliżymy się nieco do naszych siatkarzy!

Dla uczciwości publicystycznej muszę dodać, że artykuł jest niemerytoryczny pod względem siatkarskim. Sam nie miałem nigdy w życiu do czynienia z siatkówką (poza profesjonalnymi meczami u kolegi na działce), zaś czynny udział w sportach zespołowych kończy się w moim przypadku na szkolnej lidze koszykówki;-).

Niesamowite osiągnięcie

Zacznijmy od podstawowej rzeczy będącej punktem wyjścia, czyli dostrzeżenia tego co w ogóle udało się osiągnąć naszym sportowcom. Kiedy jechali na mistrzostwa świata, oczekiwania były niewygórowane. Nie można co prawda powiedzieć, że były niskie, ale wejście do „pierwszej szóstki” było uznawane za zdecydowany sukces. Tylko najwięksi śmiałkowie wierzyli w medal, a nasi…?

Nasi wjechali na sam szczyt i to z takim rozpędem, że ich finałowy przeciwnik (Brazylia) pierwszą połowę trzeciego seta jakby przestał istnieć. Ostatecznie można powiedzieć, że zmasakrowali rywali 3:0. I choć na ogół staram się używać wyważonych słów, to tutaj chwilami widowisko było jednostronne. Co prawda dwa pierwsze sety obie drużyny grały na wyrównanym – i znakomitym – poziomie. Finalnie jednak wynik + styl gry w trzecim secie pozwala na odrobinę szaleństwa w stwierdzeniu, że Polacy po protu zmietli Brazylijczyków.

Miejsce do którego wdarli się Polscy siatkarze (i do którego zabrali nas!) pozwoliło nam wszystkim przez chwilę poczuć się królami świata. Gdy rozpoczęła się część „dekoracji” prawdopodobnie każdy z nas miał lekkie ściśnięcie w sercu. Bo oto „nagradzani” (nie byli nagradzani, sami się nagrodzili!) złotem siatkarze występują w biało-czerwonych strojach, a na wielkich telebimach napis „World Chempions!” widnieje na tle naszych pięknych, narodowych barw.

Taki moment to chwila, w której „wygrani biorą wszystko”. Na szczycie nie ma dwóch wygranych. Na szczycie nie ma więcej miejsc, które można zapełnić. Na ten tytuł łakomie patrzył cały siatkarski świat. Jednak tylko jedna drużyna mogła stanąć na samej górze i zabrać tam resztę swojego kraju.

Nasi siatkarze tego dokonali (i to drugi raz z rzędu). Możemy i powinniśmy być z nich dumni. To także świetny moment, żeby się nimi zainspirować i czegoś nauczyć w kontekście swojego życia. A droga na szczyt nie była wcale prosta. Przyjrzyjmy się jej ze szczególnym zwróceniem uwagi na dwie z naszych trzech narodowych cech: waleczność oraz pracowitość. Sprawdźmy, jak podchodzą do nich siatkarze reprezentacji Polski.

Droga na szczyt

Podejście do tematu – nie tylko siatkarskiego

Prawdopodobnie każdy obserwator finałowego meczu mistrzostw świata był pod wrażeniem jakości gry Polaków. Zgranie w zespole, technika, siła, refleks, zaciekłość – każda z tych rzeczy była niesamowicie dopracowana. Wykonywana była po prostu bardzo, bardzo dobrze. Dokładnie tak, jak swoją robotę wykonują operatorzy GROM, dokładnie tak jak skakał Adam Małysz, dokładnie tak, jak pracują twórcy gier w CD Projekt. Jednym słowem: to co pokazali siatkarze nie było jedynie pięknym widowiskiem sportowym. To przede wszystkim znakomita lekcja profesjonalizmu, który każdy z nas powinien chcieć osiągać w swojej dziedzinie.

Nie ma tu kompletnie znaczenia, czy jesteś programistą, architektem, cukiernikiem, czy pisarzem. Dzisiejsza podstawowa lekcja płynąca z postawy naszej reprezentacji to przejście do mentalności w stylu „chcę być totalnie najlepszy w tym co robię. Chcę mieć wiedzę, umiejętności i doświadczenie na jak najwyższym poziomie”. Jak to osiągnąć, to inna sprawa – częściowo zaraz o niej sobie powiemy;-). Strasznie mi jednak zależy żeby pierwsza lekcja która popłynie od tych wspaniałych chłopaków była właśnie taka. Doskonalenie wszystkiego aż do momentu, w którym możemy zgnieść rywala i zdobyć mistrzostwo świata. Niezależnie od tego, czym jest „rywal” (bo często mogą to być przeciwności losu, konkurencja na rynku, czy własne słabości) oraz czym w naszym przypadku jest „mistrzostwo świata”.

Więc walcz…

Pierwsza i najbardziej widoczna rzecz: WALECZNOŚĆ. Polska reprezentacja godnie wykazywała się tą wspaniałą cechą i pokazywała „jak to się robi”. Widać to bardzo dobrze podczas kolejnych meczów. Widać to oczywiście także podczas tego ostatniego – z Brazylią. Nasi atakowali niczym husaria, niekiedy rozbijając w pył swoich rywali. To było oczywiście piękne widowisko. Dużo bardziej jednak interesujące było to, co działo się „z tyłu”. Dużo bardziej interesujące, ale i dużo bardziej dramatyczne. Tak naprawdę bowiem, zanim nasza reprezentacja mogła pokazać waleczność na parkiecie, niektórzy jej członkowie musieli przejść naprawdę ciężki bój poza nim.

Szczególnie chcę się skupić tu na dwóch przykładach. Pierwszym z nich jest kapitan naszej drużyny – Michał Kubiak. To doświadczony siatkarz, który – jak to określił Fabian Drzyzga – jest sercem drużyny. W trakcie turnieju wywalczył tytuł „najlepszego przyjmującego”, co jest wspaniałą, w pełni wypracowaną nagrodą. Cieszy ona jednak jeszcze bardziej, jeśli ktoś chociaż względnie wie, co działo się z siatkarzem podczas turnieju.

Michał kubiak udowodnił, że potrafi zaciekle walczyć. I ma dla kogo – wagę rodziny podkreślał m.in. po zdobyciu mistrzostwa.

W pewnym momencie zaczęły dobiegać nas niepokojące wiadomości, że Michał Kubiak jest chory. Musiał odpuścić jeden mecz, drugi zaczął na ławce rezerwowych. To, że nie jest dobrze słychać było nawet podczas wywiadów. Jak się jednak okazuje – wiadomości które znamy, pokazują jedynie niewielką część prawdy. Siatkarz prawdopodobnie był bowiem dużo bardziej chory, niż nam się wszystkim zdawało. Jego ojciec – Jarosław Kubiak – mówi nawet, że jego syn powinien być w trakcie turnieju hospitalizowany.

Michał Kubiak wykazał się jednak ponadprzeciętną wolą walki. Wymęczony i schorowany grał kluczową rolę w drużynie i jako kapitan prowadził ją do zwycięstwa. Gdy rozmawiał z tatą przez telefon, ten próbował nakłonić go do oszczędzania swoich sił i zdrowia. W odpowiedzi usłyszał „wolę umrzeć na boisku, niż na kanapie”. Po chwili siatkarz dodał jeszcze – „Tato, przecież Ty mnie tego nauczyłeś”.

To nie był jednak chwilowy, bohaterski zryw w wykonaniu Michała Kubiaka. To człowiek, który musiał wykazać się olbrzymią determinacją i walecznością, żeby w ogóle dojść do tego miejsca w którym jest. Jak opowiada jego tata, Michał zawsze miał pod górkę. Pochodził z małej miejscowości gdzie wszystko musiał udowadniać. Ludzie nie wierzyli w niego, a on wbrew całemu światu musiał podążać za tym co kochał. Zamiast jednak strzępić klawiaturę, przytoczę wypowiedź Jarosława Kubiaka dla Przeglądu Sportowego.

„Kiedy był kadetem, ludzie powtarzali: „Kto to jest Michał Kubiak? Mały, drobny, z niego ma być siatkarz? Jest za niski, nie skacze”. Mało osób zdaje sobie sprawę, jak ciężko to dziecko musiało pracować, by być tu, gdzie dziś jest. To piękny telewizyjny obrazek, jak Michał wraca z pucharem z Turynu, ale od podszewki wszystko wygląda inaczej. Kiedyś podczas obozu w Wałczu trener kadry kadetów powiedział mu: „Nie biorę cię do drużyny. Wybacz, ale jesteś za słaby”. Michał wyszedł z sali, myśląc w duchu: „Ja ci jeszcze, gościu, pokażę!”. Minęło kilka lat i ten sam człowiek, tym razem pełniący ważną funkcję w czołowej polskiej drużynie, ściągnął go do tej ekipy z myślą, że będzie bardzo ważną postacią. Druga sytuacja, która mi teraz przychodzi na myśl, to sezon 2006-2007, kiedy syn trafił do Olsztyna. Tam pewien znany szkoleniowiec zakopał go tak, że bardziej się nie dało. Michał przez cały sezon nawet nie wszedł na zagrywkę, stał tylko za bandami. Syn miał wtedy 18 lat, Olsztyn walczył o wysokie miejsce, ja to rozumiałem. Ale przecież Michał sezon wcześniej grał w Jokerze Piła, który spadł z ligi, a mimo to był siódmy w klasyfikacji przyjmujących całych rozgrywek.”

Jarosław Kubiak

Drugim zawodnikiem, który w tym aspekcie szczególnie godny jest uwagi (i to jak!) jest Bartosz Kurek. Co tu dużo mówić – swoimi atakami niszczył przeciwników, a na koniec całość przypieczętował zdobywając zaszczytny tytuł MVP – czyli najbardziej wartościowego gracza turnieju. Jest to szczególnie ciekawe w aspekcie tego co działo się z nim przez wcześniejsze kilka lat.

Bartosz Kurek to wielki wojownik z niesamowitą klasą. Fot: Przegląd Sportowy

Musisz bowiem wiedzieć, że – mimo konkretnego stażu i dojrzałego wieku – to Bartosz Kurek był wielkim nieobecnym ostatnich mistrzostw świata. Niedługo przed turniejem ówczesny trener kadry (Stephane Antiga) skreślił Kurka. Oficjalnie z powodu niskiej skuteczności. Od tego momentu zaczęła się droga przez ciernie naszego siatkarza. Najpierw nieudany sezon we Włoszech, potem chwilowy wzlot (srebro z Asseco Resovia Rzeszów) i kontrakt z klubem z Japonii. Po nieudanych igrzyskach olimpijskich Kurek przez długi czas zwlekał z wyjazdem do za granicę. Zwlekał do tego stopnia, że w końcu nie pojechał. Jego kariera zawisła na włosku, zaś sam siatkarz wydał następujące oświadczenie.

„Zmęczenie skumulowane przez wiele lat zaowocowało narastającym osłabieniem organizmu i wypaleniem mentalnym, w efekcie straciłem coś, co zawsze mną kierowało, czyli pasję i chęć grania”

Znów związał się z polskim klubem, a następnie wyleciał do Turcji. Kurek przeżywał lepsze i gorsze chwile, ale o powrocie do dawnej świetności nie było mowy. Obecny trener kadry postawił jednak na niego i stawiał uparcie wbrew opinii publicznej. Zarówno trener jak i siatkarz mogą spać spokojnie, bowiem ostatnie mecze na mistrzostwach świata to w wykonaniu Bartosza Kurka istne arcydzieło. Arcydzieło, które było niezwykle ważnym elementem gry naszej reprezentacji.

Zastanów się teraz – ile walk wewnętrznych musiał przejść sfrustrowany siatkarz, który jest zmuszony, by zdobywane przez kolegów mistrzostwo świata oglądać z domowej kanapy? Jak ciężko musiał pracować ten sportowiec, gdy w końcu ktoś obdarzył go ogromnym zaufaniem – i to wbrew wszelkim komentatorom i ekspertom? To nie jest hollywoodzka bajka, którą możesz oglądać z popcornem w jednej ręce i colą w drugiej. To jest realne życie, z realnymi problemami. Problemami, które mogą przydarzyć się także i Tobie. Wręcz ośmielę się stwierdzić, że z pewnością Ci się przydarzą, jeśli będziesz mieć duże aspiracje;-).

Osobną rzeczą która może – i powinna – imponować, jest to jak niesamowitą klasę ma Bartosz Kurek przy całej swojej pofalowanej karierze. Gra zespołowo nie tylko na parkiecie, ale i poza nim. Ciężko pracuje, ale zdaje sobie sprawę z kruchości chwilowego sukcesu. Warto jednak pod koniec tego „rozdziału” zacytować jego słowa na temat reszty zawodników.

„Miałem obok siebie codziennie trzynastu wojowników, zawsze mogłem na nich liczyć i bez ich wsparcia nie zostałbym MVP”

Bartosz Kurek

…i pracuj

Powiedzieliśmy sobie o tym, że nasi siatkarze to wojownicy z krwi i kości. I to wojownicy, którzy walczą razem i widzą sens tej zespołowej walki. Kolejną kwestią która jest dla nas istotna, jest druga strona tego samego medalu – czyli PRACOWITOŚĆ. zdaję sobie sprawę, że to truizm, jednak wszelkie bojowe nastawienie, odpowiednie ukierunkowanie mentalne, to wszystko nie da nic, jeśli nie przygotujesz się do roboty tak dobrze, jak tylko możesz.

Vital Heynen to nietypowy trener z równie nietypowymi metodami pracy.

Przypomnij sobie to o czym już pisałem na początku artykułu. Cała gra naszej reprezentacji w finale, to zestaw bardzo dużej ilości niezwykle dopracowanych ruchów, zachowań, zagrań itd. Nie wystarczy znakomita taktyka, jeśli technicznie gra będzie beznadziejna. Co więcej – na tym poziomie nie wystarczy nawet, jeśli będzie po prostu dobra! To jest kwestia poświęcenia – poświęcenia swojego czasu, wysiłku, poświęcenia często bardzo ważnych rzeczy. I – co istotne – poświęcenia na robienie czegoś, czego absolutnie nikt nigdy nie zobaczy! Treningi to miejsca, które nie są tak efektowne jak mecze. Spójrzmy jak na temat przygotowań mówił Fabian Drzyzga.

„Smak mistrzostwa? To jest nie do opisania dla (..) zwykłego Kowalskiego, bo nikt nie zdaje sobie sprawy ile to jest wyrzeczeń, ile to jest czasu na treningach, w podróżach, poza domem, bez rodzin. To nie są tylko treningi siatkarskie. To jest naprawdę wiele, wiele godzin spędzonych poza domem i zawsze takie momenty jak się coś wygra mega człowieka mobilizują do dalszej pracy”

Fabian Drzyzga

Zastanów się teraz, ile poświęcasz czasu i pracy na rzeczy, które nie są bezpośrednio związane z efektami tego co robisz, a które mają jedynie spowodować, że będziesz w czymś lepszy? Przełóż ich pracę na swoją pracę. Ich treningi na swoje trenowanie fachu. Co robisz, kiedy jesteś zirytowany i zmęczony – odpuszczasz? Bo oni trenują dalej. Pamiętaj, że trening (w jakiejkolwiek dziedzinie) rzadko jest ekscytujący i pełen emocji. Żeby być naprawdę konkretnym wymiataczem, musisz wypracować do perfekcji podstawowe, proste rzeczy. Z takim warsztatem czas zacząć wypracowywać solidnie ciut bardziej zaawansowane. I tak w koło. Ciągle iść wyżej i wyżej, ale nie dynamicznym skokiem, a spokojnym i cierpliwym doskonaleniem tego, co będzie Ci potrzebne do zrobienia konkretnego efektu.

O tym jak istotny jest proces treningu znakomicie mówi nam Vital Heynen – obecny trener reprezentacji. Bronił swojej decyzji w kwestii zaufania Kurkowi właśnie podkreślając, że bardzo ciężko pracuje na treningach. Spójrzmy na to co mówi w kontekście pracy naszej kadry.

„Od początku mojej pracy mogę mówić o tych trzech zawodnikach [Drzyzga, Kurek, Kubiak – red.], ale i o reszcie zespołu w samych superlatywach. Pracują cholernie dużo. Pojawiają się głosy, że Fabian nie jest chętny do tego, a jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, to przykłada się do tego tak, że potem umiera ze zmęczenia”

Vital Heynen

Bez wątpienia nasza reprezentacja to ludzie należący do tych, którzy wkładają ogrom pracy w dopracowanie najdrobniejszych elementów. Gdy już po długim czasie solidnych treningów zbliżą się do perfekcji – walczą jak lwy aby wykorzystać te umiejętności w osiąganiu wyników.

Lekcja dla nas

Spójrz jeszcze raz na ten proces powyżej. Siatkarze żyją swoim siatkarskim życiem, trenują tak zaciekle, że potem „umierają z wysiłku”. Absolutnie nie dla trenowania samego w sobie (sztuka dla sztuki). Trenują po to, aby wyćwiczyć najdrobniejsze ruchy, zachowania, zagrywki. Można to osiągnąć tylko dzięki żmudnej pracy.

W tym miejscu zatrzymaj się na chwilę i pomyśl gdzie ty masz takie miejsca, w których możesz trenować swój fach. Wiesz w ogóle, w czym chcesz być bardzo dobry? Jeśli tak – wypisz swoje „treningi” – czyli to co możesz robić (lub już robisz), aby stawać się coraz lepszym. Aby trenować najdrobniejsze rzeczy. Po co? Możesz ambitnie sięgać coraz wyżej i wyżej. Jeśli jednak nie masz opanowanych podstaw (do perfekcji!), to po jakimś czasie zaczniesz „próbować przeskoczyć sam siebie”. Znam to z autopsji i nie polecam. Lepiej jak nasi siatkarze, próbować każdego dnia doskonalić się we własnym fachu.

Kolejna rzecz – kiedy już mają umiejętności, walczą jak lwy. Przypomnij sobie życie Michała Kubiaka. Jego dorastanie oraz chorobę podczas mistrzostw. Jeśli chcesz osiągnąć „swoje mistrzostwo”, musisz nauczyć się walczyć nie jak lew, ale walczyć jak Kubiak;-). Pamiętaj o tym, gdy przyjdzie zniechęcenie i irytacja. Pamiętaj, gdy przyjdą poważne problemy. Bez ich pokonania nie wejdziesz na szczyt – po prostu.

I ostatnia lekcja – ludzie, którzy Cię otaczają. Po pierwsze: buduj zespół. Pracuj razem z innymi i staraj się osiągać sukcesy razem z innymi. Po drugie: miej dla kogo walczyć. Nasi siatkarze wielokrotnie podkreślali rolę rodziny. Ich żon, dzieci. Sam Michał Kubiak trzymając swoje dziecko na rękach pokazał na złoty medal i powiedział, że „to[medal], bez tego[dziecko] nie jest nic warte”.

To wszystko można wyciągnąć do swojego życia inspirując się lekcją naszych siatkarzy. Miejmy to na uwadze i pamiętajmy, że wykonując solidnie swoją robotę, pracujemy dla dobra nas wszystkich. Pracując porządnie i reprezentując sobą odpowiedni poziom, reprezentujemy należycie nasz kraj – Polskę.

Mam nadzieję, że artykuł się podobał. Jeszcze większą mam nadzieję, że przyda Ci się w życiu;-) Jeśli tak jest faktycznie, to mam ogromną prośbę – nie zostawiaj go tylko dla siebie, podaj dalej;-) Dzięki temu będziemy kroczek po kroczku budować naszą rzeczywistość.

Zapraszam również bardzo serdecznie do mojego sklepiku – znajdziesz tam m.in. znakomite kubki (inspirujące i humorystyczne!), czy kurs tego jak zacząć trzymać w garści swoje życie finansowe. Robiąc zakupy w Sklepiku wspierasz IT-Blog Wolnego Człowieka. Wartościowe miejsce w sieci;-) Z góry dziękuję!

Zapisz się na newsletter by zostać w kontakcie:


Ja nazywam się Marek Czuma, a to jest IT-Blog Wolnego Człowieka

Piszę do Ciebie Prosto z Łodzi