Premier Mateusz Morawiecki to człowiek, który rozwija karierę polityczną w imponującym tempie. Jeszcze 4 lata temu był prezesem prywatnego banku, dziś jest najpotężniejszym człowiekiem w polskiej gospodarce od 89′.

Dysponuje tym, czego partii Prawo i Sprawiedliwość brakowało przez ostatnie kilkanaście lat – świetnie komunikuje wszystkie działania. W prostych słowach przedstawia swoją wizję kraju do której dąży. Robi to w taki sposób, aby nawet oponent chcąc się z nią nie zgodzić musiał uderzyć w osoby postronne – zwykle najuboższych, w jakiś sposób pokrzywdzonych przez los.

Pytanie jednak, jak ma się ta wybitna komunikacja do realnych działań rządu oraz czy przypadkiem nie zostajemy trochę oszukani przez Premiera Morawieckiego? Od dawna uderza mnie to, jak każde pozorne działanie jest „pompowane” niczym wybitna reforma. Właśnie dlatego zdecydowałem się przedstawić kilka kluczowych faktów, które pokazują wprost mijanie się realnych działań i rządowego PR.

Ponieważ nie sposób w artykule opisać wszystkiego, skupiam się na kilku flagowych działaniach, które budują markę Mateuszowi Morawieckiemu i całemu rządowi PiS. Skupiam się na gospodarczych, ponieważ to ta tematyka jest kluczowa zarówno na IT-Blogu Wolnego Człowieka, jak i w działaniu kraju.

Pragnę jeszcze jedynie dodać, że choć jestem człowiekiem młodej daty, to na pojęcie prawdy patrzę bardzo staroświecko. Nie istnieje dla mnie „post-prawda” ani „pół-prawda”, a manipulacja, czy „pudrowanie trupa” to po prostu kłamstwo. Ważne jest to, ponieważ w komunikacji PMM wszystko ma ziarno prawdy – niestety zwykle nie tak duże, jak byśmy wszyscy chcieli.

Jaka jest narracja Premiera Morawieckiego

W swojej komunikacji Premier Morawiecki stosuje stare, ale bardzo skuteczne metody. Komunikuje prosto, uderza do emocji odbiorcy. Stara się „najeść” wszystkich, ale przede wszystkim najuboższych. To „najmniejszym” poświęca zwykle najwięcej uwagi. Poza tym stawia mocny akcent na wątki narodowe. Często podkreśla, jak wielkim dramatem jest to, że Polska została gospodarczo w dużej mierze „skolonizowana” przez wielki kapitał zagraniczny. Mówi, że trzeba ten kapitał wyrównywać z naszym, dając im takie same reguły gry.

Choć Mateusz Morawiecki (zarówno teraz jako Premier jak i wcześniej jako „Super-Minister”) zdaje się być „miękkim socjalistą”, to nie brakuje też słów, które po anty-liberalnych rządach Platformy Obywatelskiej dają nadzieje przedsiębiorcom i wolnościowcom. Wielokrotnie podkreślał:

„Chcemy, by mikroprzedsiębiorcy stawali się małymi, mali średnimi, średni wielkimi, a wielcy ekspandowali na świat”

Brzmi iście kapitalistycznie i pro-przedsiębiorczo. Pozostając w duchu gospodarki, niejednokrotnie komunikował, że zależy mu na likwidowaniu barier zarówno fiskalnych, jak i biurokratycznych.

„Nie chcę, by przedsiębiorcy obawiali się czegokolwiek – krok po kroku uwalniamy ich czas, zmniejszamy bariery biurokratyczne i ułatwiamy kontakt z administracją, by łatwiej można było prowadzić inwestycje i działalność gospodarczą”

Nierzadko okrasza swoje pomysły krótkimi historyjkami, które pokazują, że znakomicie rozumie potrzeby najdrobniejszych. Tak oto tłumaczył pomysł obniżki ZUS dla (oczywiście najdrobniejszych) przedsiębiorców:

„Pan Henryk, właściciel warsztatu samochodowego czy pani Agnieszka, fryzjerka, zarabiają 3 tysiące przychodu, płacą taki sam ZUS jak płacą przedsiębiorcy, którzy zarabiają dużo więcej, czasami o wiele, wiele więcej. W końcu obiecaliśmy prawo i sprawiedliwość. Polska musi być bardziej sprawiedliwa. To jest część naszego programu”

Mateusz Morawiecki doskonale wie, że rządy Platformy Obywatelskiej zostały w dużej mierze zakończone przez przedsiębiorców, którzy byli dociskani fiskalnymi i biurokratycznymi przeszkodami. Teraz ci sami przedsiębiorcy (z rodzinami) czekają na obniżenie podatków. Premier lubi w związku z tym podkreślać, że Rząd PiS podatki tnie jak szalony. Oto jak wypowiadał się w kwestii obniżki CIT:

„Robimy to po to, aby przedsiębiorca miał więcej paliwa na rozwój i inwestycje. W końcu obiecaliśmy prawo i sprawiedliwość – deklarował premier. – Polska musi być bardziej sprawiedliwa. To jest część naszego programu. (..) Dziękuję wszystkim uczciwym przedsiębiorcom, których jest ogromna większość. Ufamy im dalej, wspieramy małą i średnią polską przedsiębiorczość „

Swoją drogą – premier zauważył, że obniżka CIT spowodowała jego większe wpływy do budżetu. Tutaj tłumaczę, czemu to tak działa.

Zostawiając przedsiębiorców, Premier ruszył także do realizacji kolejnej obietnicy  kampanii wyborczej. Kwota wolna od podatku za Platformy Obywatelskiej nie została zmieniona w ogóle.

Zapraszam do zapoznania się z narracją na temat kwoty wolnej od podatku:

„Nasi poprzednicy podnieśli ją o dwa złote, a my (…) w ciągu półtorej roku zrobiliśmy tę kwotę do 8 tys. zł dla tych najbiedniejszych, najbardziej potrzebujących.”

 „jeśli ktoś zarabia 120-140 tys. zł rocznie, to kwota wolna od podatku w wysokości 8 tys. zł, daje takiej osobie kilkanaście złotych więcej miesięcznie”

„Czy dla takiej osoby jest potrzebne (…) 15 złotych miesięcznie? Czy bardziej potrzebne są te pieniądze dla tych najbardziej potrzebujących, którzy zarabiają tysiąc złotych miesięcznie, dwa tysiące złotych miesięcznie?”

Warto zwrócić uwagę na dwa aspekty: Rząd PiS robi to, czego nie robiła PO oraz Rząd PiS dba o najuboższych i najdrobniejszych. Przewija się to jak widać bez przerwy. Prosta wizja, konsekwentnie komunikowana całej Polsce. Wizja, z którą nie sposób jest dyskutować, bo i jak. Przecież nie powiemy, że nie powinno się odciążyć nieco najmniejszych.

Jak widać pojawiają się wątki socjalne, ale i dla przedsiębiorczych liberałów się coś znajdzie. Premier Morawiecki stara się grać na wielu frontach i – jak pokazują sondaże – wychodzi mu to dobrze.

Jak naprawdę wygląda rządzenie krajem?

Czy jednak równie dobrze wychodzi mu rządzenie krajem i wdrażanie tej komunikacji w życie? Weźmy na tapet kilka flagowych punktów w narracji Premiera Mateusza Morawieckiego. Przeanalizujmy ile jest w nich prawdy, a ile PRu.

Obniżamy podatki dla najdrobniejszych przedsiębiorców

Narracja: „Zarówno podatek CIT, jak i składki ZUS dla takich właśnie małych firm, mają zostać radykalnie obniżone. – W końcu obiecaliśmy prawo i sprawiedliwość. Polska musi być bardziej sprawiedliwa. To jest część naszego programu”

Fakt: Rząd obniżył CIT

Realia: Zacząć należy od braw – ponieważ każda obniżka podatków na IT-Blogu Wolnego Człowieka będzie popierana, a jej wykonawca – wspierany. Nie ma znaczenia przy tym, czy robi to Mateusz Morawiecki, Paweł Kukiz, Donald Tusk, czy Ryszard Petru. Tak więc chwała Premierowi Morawieckiemu, który pokazał, że da się obniżyć podatki, a przy tym otrzymać z tego tytułu większe wpłaty.

Problem się jednak zaczyna, kiedy sięgamy do głębi zmian. Premier Morawiecki próbuje uczynić z tego sztandar postępującej w Polsce na szeroką skalę sprawiedliwości i… pomocy najdrobniejszym. Jak się okazuje, jest zupełnie inaczej.

PiS lubi chwalić się obniżką CIT, ale skorzystają na niej tylko nieliczni.

CIT jest to podatek, który płacą osoby prawne – w uproszczeniu spółki. Nie jest więc tak, że płacą go wszyscy przedsiębiorcy. Ba! Zdecydowana większość przedsiębiorców płaci podatek PIT. O samym PIT nie będę się wypowiadał zbytnio, szerzej ten absurdalny pomysł został omówiony tutaj. Niestety, jego Premier nie spieszy się zmienić.

CIT płacą spółki, których jest w Polsce około 480 tysięcy. Dla porównania, przedsiębiorców płacących PIT są… 3 miliony.

Premier mówi o pomocy najdrobniejszym przedsiębiorcom, ale spółek nie zakładają najdrobniejsi. Najmniejsi zakładają właśnie jednoosobową działalność gospodarczą! Co więcej, CIT płaci w Polsce około 40% podatników, cała reszta wykazuje straty.

GORZEJ! Szeroko komunikowanej obniżce CIT („obniżce podatków”) niestety nie towarzyszy w komunikacji gorsza zmiana – podwyżki podatków. PiS podwyższył składki ZUS o 5%, składki zdrowotne 3%, wprowadził nowy podatek bankowy oraz utrzymał podwyższony VAT (czyli de facto podwyższył. Wymagało to uchwalenia odrębnej ustawy! Bez tego mielibyśmy teraz realnie niższe ceny w sklepach). Co więcej, Premier zapowiedział ostatnio wprowadzenie kolejnego podatku – tym razem dla najbogatszych. Czyż to nie typowe, socjalistyczne podejście?

Dodatkowo ostatnio na otwarciu II Kongresu Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan wiceminister finansów Paweł Gruza powiedział coś, co nie powinno przejść bez echa. Zapowiedział mianowicie podniesienie VAT z 8% do 23% dla… 180 kategorii produktów! W mojej opinii powinno to być szeroko nagłośnione i przypominane zawsze, gdy Premier będzie mówił o tym, że „Rząd obniża podatki dla najmniejszych”.

Podsumujmy: Premier wybrał podatek, który nie dość, że dotyka mniejszości podmiotów, to jeszcze jest rzadko płacony w ogóle. W efekcie budżet prawie nie oberwał, podatnicy tego nie odczuli, ale Rząd mógł zacząć promować się jako ten, który obniża podatki. To trochę tak, jakbyśmy bezdomnemu podarowali w świetle fleszy zupę, którą i tak mieliśmy wylać. Jeśli Rząd faktycznie chciałby ulżyć przedsiębiorcom, posłuchałby Parlamentarnego Zespołu na Rzecz Wspierania Przedsiębiorczości, który próbuje przeforsować naprawdę mocne, ale przede wszystkim rozsądne propozycje zmian podatkowych. Do tego jednak trzeba być realnie przekonanym o tym, że Polacy powinni mieć swobodę działania. Premier Morawiecki woli na ten moment wierzyć w zbawczą rolę państwa, a obniżkę podatków traktuje instrumentalnie w kategorii PR. Dodatkowo, już bez nagłaśniania, po cichu, podnosi inne podatki.

Podwyższamy kwotę wolną od podatku

Narracja: „Nasi poprzednicy podnieśli ją o dwa złote, a my (…) w ciągu półtorej roku zrobiliśmy tę kwotę do 8 tys. zł dla tych najbiedniejszych, najbardziej potrzebujących.”

Fakt: Rząd podniósł kwotę wolną od podatku do 8 000 zł. Towarzyszyło temu skomplikowanie systemu kwoty wolnej.

Realia: Kwota wolna od podatku to jeden z najprostszych mechanizmów podatkowych, który pozwala podatnikowi zachować „swoje poletko” finansowe z dala od łapczywych rąk państwa. Przynajmniej póki za ten prosty mechanizm nie zabierze się Mateusz Morawiecki.

Sytuacja Rządu była trudna. Z jednej strony padła obietnica podwyżki kwoty wolnej. Z drugiej strony w budżecie pieniędzy jest zawsze na wszystko za mało. Dodatkowo nie poprawia sytuacji fakt, że rządzący nie wierzą zbytnio w umiejętności dobrego wydawania pieniędzy przez obywateli.

W takim przypadku Premier Morawiecki wykorzystał ten sam trick, co podczas „obniżki podatków”. W zasadzie zrobił to nawet z „większym rozmachem”. Kwota wolna od podatku w Polsce wygląda następująco:

  • Do 8 000 zł zarobków obywatel nie płaci podatków w ogóle
  • 8 – 13 000 zł zarobków – stopniowo kwota wolna jest zmniejszana
  • 13 – 85 528 zł zarobków – kwota wolna wynosi 3091 zł, czyli taka sama od lat. Tu się nic nie zmienia
  • 85 828 – 127 000 zł zarobków – kwota stopniowo spada do zera. I tu jest duża zmiana.

System jak widać mocno się skomplikował. Dla zdecydowanej większości Polaków nic się nie zmieniło. Powiedziałbym wręcz, że dla wszystkich, którzy zarabiają normalnie nic się nie zmieniło. Zyskali tylko Ci do 8 000 zł (rocznie), a więc jedynie osoby, które wykonują prace sezonowe. Nie ma to nic wspólnego z najuboższymi! Najubożsi zarabiają minimalną krajową, która grubo przekracza te 8 000 zł.

Podsumujmy: Zyskują tylko nieliczni (wcale nie najubożsi). System się skomplikował, bogaci delikatnie dostali po kieszeni. Wszystko po to, aby móc wyciągnąć kolejny „sztandar sprawiedliwości” w walce partyjnej. Za tym idzie oczywiście narracja o „przywracaniu Polakom godności i równych szans”. W praktyce brzmi to jednak dość żenująco, bo zmiana jest nadzwyczaj pozorna – nawet na tle pozostałych pozornych zmian rządowych. Nie pierwszy raz z potrzebą realnych reform wygrała potrzeba marketingu politycznego.

Mechanizm kwoty wolnej od podatku został skomplikowany. Przytłaczająca większość podatników (21 mln) nic nie zyskała na zmianach.

Obniżamy ZUS dla najdrobniejszych

Narracja: „Pan Henryk, właściciel warsztatu samochodowego czy pani Agnieszka, fryzjerka, zarabiają 3 tysiące przychodu, płacą taki sam ZUS jak płacą przedsiębiorcy, którzy zarabiają dużo więcej, czasami o wiele, wiele więcej. W końcu obiecaliśmy prawo i sprawiedliwość. Polska musi być bardziej sprawiedliwa. To jest część naszego programu”

Fakt: Składki ZUS zostały podwyższone, została wprowadzona „działalność bagatelna/nierejestrowana” w ramach „Konstytucji Biznesu”. Gdy ktoś osiąga przychody do 1000 zł miesięcznie, nie musi nic rejestrować i nie płaci ZUS.

Realia: Tu zacznijmy od pozytywu. Działalność Nierejestrowana to po prostu uczciwe potraktowanie obywateli, którzy osiągają mikro-przychody (do 1000 zł miesięcznie). Tacy obywatele nie muszą niczego rejestrować – po prostu mają odprowadzić 18% podatku i tyle. W związku z tym nie muszą oczywiście płacić ZUSu. Co prawda działalność ta ma swoje poważne minusy. Na przykład nie może jej „prowadzić” ktoś, kto w ciągu wcześniejszych kilku lat prowadził firmę. Z jakich powodów? Ciężko powiedzieć. Nie wiadomo też jeszcze, czy 18% podatku jest od przychodu, czy od dochodu. Nie czepiajmy się jednak, bo to pierwszy raz. Zawsze można dopracować ustawę, a samo założenie jest godne pochwały.

Przejdźmy jednak do tych konkretnych rzeczy – czyli realnej obniżki ZUS. Ten (szczególnie jego ryczałtowa odmiana) doczekał się wśród przedsiębiorczych środowisk miana „Zabójcy miejsc pracy w Polsce”. Chodzi o to, że każdy przedsiębiorca (na Działalności Gospodarczej) niezależnie od osiąganych przychodów musi płacić ryczałtowy ZUS. Ten wynosi astronomiczne niemal 1170 zł. Jeśli zaczynamy (przez pierwsze dwa lata), musimy płacić nieco ponad 500 zł. Teraz przyjmijmy, że jesteśmy drobnym przedsiębiorcą. W momencie, gdy księgujemy 3000 zł przychodów, musimy zapłacić 1170 zł. Od pozostałych 1830 zł oczywiście musimy zapłacić jeszcze PIT, a więc finalnie zostaje nam mniej niż 1500 zł. ABSURD!

Ten absurd postanowił ukrócić Premier Morawiecki. Zaproponowane zostało rozliczenie ZUS według następujących zasad (oczywiście dla przedsiębiorców):

  1. Do 2.5-krotności wynagrodzenia minimalnego (nieco ponad 5000 zł) przedsiębiorca płaci ZUS od przychodów, a więc jeśli zarobi 3000 zł, płaci odpowiednio mniejszy ZUS.
  2. Od 2.5-krotności wynagrodzenia minimalnego przedsiębiorca płaci już na zasadach normalnych.

Zasada prosta jak kij od miotły. Pomysł, któremu przyklaśnie każdy. Nie jest co prawda rewolucyjny, ponieważ ZUS to głębszy problem. Podobnie głębszym problemem jest cały system podatkowy, który czeka na gruntowną wymianę. Wdrożenie tej zmiany jednak byłoby oczywiście krokiem do przodu, który odciążyłby wielu drobnych przedsiębiorców.

W czym więc tkwi problem tutaj? Jesteśmy zwodzeni tą zmianą od około 2 lat. Co jakiś czas premier wraca do tego pomysłu, wyciąga go na wierzch poprawiając sobie tym samym poparcie. Sygnalizuje, że prawdopodobnie niższy ZUS zacznie obowiązywać już niedługo. Następnie słuch o tym ginie na kolejne kilka miesięcy. Moim zdaniem to najzwyczajniejsze w świecie instrumentalne traktowanie sprawy. Gdy usta pełne są słów o godności, sprawiedliwości, o potrzebie budowania silnego polskiego kapitału, najzwyczajniejszą w świecie niegodziwością jest podbijanie poparcia przetrzymywaniem dobrej poprawy bytu.

Jeśli zmiana ta faktycznie zacznie obowiązywać od następnego roku, to bardzo dobrze. Nie mamy jednak podstaw podejrzewać, że tak będzie. Poza tym, jeśli już wejdzie, to czas w którym ta banalna zmiana była wdrażana, zdecydowanie nie napawa optymizmem. Jeśli coś tak prostego (i proponowanego przez wolnościowe środowiska od lat) potrzebuje kilku lat na realizację, to nie można oczekiwać, że poważne reformy (jak całościowa wymiana systemu podatkowego, czy szeroka debiurokratyacja) wejdą w życie kiedykolwiek.

Podsumowując: W kwestii ZUS więcej jest słów i PRu. Więcej zamieszania, niż realnego działania. Te prawdziwe, oczekiwane zmiany, traktowane są instrumentalnie do marketingu politycznego. A gra ta odbywa się na ciężko pracujących, drobnych przedsiębiorcach, którzy podobno są oczkiem w głowie Rządu. Gdyby byli, zmiana ta weszłaby w życie (przez swą prostotę) w ciągu pierwszych 100 dni. Następny rok natomiast trwałyby prace nad logicznym, prostym systemem podatkowym. Rząd jednak woli zaspokajać się politycznym marketingiem. A my – proste społeczeństwo – nie oczekujemy zbyt wiele?

Zagraniczne korporacje nie mogą być w Polsce faworyzowane

Narracja: „Bloomberg” i Piketty, a więc absolutny mainstream ekonomiczny, twierdzą, że jesteśmy „foreign owned country” [państwem posiadanym przez kapitał zagraniczny – red.]. My rzucamy wyzwanie temu skolonizowaniu naszego kraju. Chcemy być równorzędnym partnerem dla zagranicznych podmiotów. I stajemy się nim”

Fakt: Podobnie jak za poprzednich rządów, obecna ekipa cały czas dotuje zagraniczne koncerny. Polscy przedsiębiorcy otrzymują za to wyższe podatki i coraz bardziej skomplikowane prawo.

Realia: PiS bardzo często odnosi się do patriotycznych, narodowych symboli. Mówi przy tym jak istotne jest, aby Polska miała swoją własną, silną gospodarkę. Jak istotny jest patriotyzm gospodarczy. Z tym wszystkim nie sposób się nie zgodzić. Problemem jest jednak to, że w realnych działaniach patriotyzm rządowy ogranicza się do słów i rozpisywania wielkich planów. Plany te łudząco przypominają zapędy do gospodarki centralnie planowanej i poglądy, że to administracja państwowa może kreować gospodarkę. Poglądy bardzo niebezpieczne, a w efekcie także drogie i uciążliwe dla normalnych, prywatnych podmiotów.

Prawdziwy patriotyzm gospodarczy i wspieranie polskiego kapitału to drastyczna (realna!) obniżka podatków, ucięcie nadmiaru biurokratycznych przepisów i uproszczenie prawa podatkowego. Tego oczekują przedsiębiorcy i mówią o tym od lat. Jeśli Premier Morawiecki chce ekspansji polskich firm za granicę, powinien na serio zaufać Polakom. Zamiast na siłę ich dotować, powinien „wpuścić nieco powietrza”. Polskie firmy nie mają jeszcze kapitału takiego jak zachodnie, są zaś przytłaczane obowiązkami większymi niż konkurenci.

Pomyślmy logicznie – jak ma się rozwijać firma, która nie wie nawet ile pieniędzy może wydać, bo w tak niepewnym środowisku funkcjonuje? Zamiast poluzować, Premier Morawiecki nakłada coraz większe obowiązki biurokratyczne. Podobnie jak poprzedni, tak i ten Rząd uparcie wdraża unijne dyrektywy z pasją godną lepszej sprawy. Idealnym przykładem jest RODO. W Polsce mamy bardziej restrykcyjne przepisy RODO, niż nakazuje nam Unia Europejska. Przepisami tymi Rząd objął Małe Przedsiębiorstwa – mimo, że takiego wymogu nie było. To tylko jeden z wielu przykładów szkodliwego działania państwa w sferze gospodarczej. Zbyt często patrzymy na wielkie zapowiedzi i plany, a zbyt rzadko na to jak funkcjonuje zwykła firma w Polsce i w innych krajach. Dla przykładu – ZUS dla drobnego przedsiębiorcy w Wielkiej Brytanii wynosi… około 60 zł. W Polsce ponad 1100 zł. W Wielkiej Brytanii cała księgowość dla drobnych przedsiębiorców jest śladowa, w Polsce nawet przy najprostszym pomyśle trzeba wynajmować biuro rachunkowe.

Jak mamy konkurować i rozwijać się, gdy w najmniejszych rzeczach przedsiębiorca musi skupić się na walce z systemem, zamiast na ekspansji pomysłu na rynku? Jedna tylko rzecz mówi znakomicie o tym czym jest prowadzenie biznesu w Polsce. W 2016 roku fiskus wydał ponad 34 000 interpretacji podatkowych. Sama ustawa o VAT wynosi już ponad 300 stron (oczywiście bez interpretacji, które są dość kluczowe – to kolejne setki tysięcy stron). W latach 2015-2016 ustawa o VAT była zmieniana aż 14 razy. To wszystko oznacza, że funkcjonujemy w ramach prawa podatkowego, w którym w zasadzie nie wiadomo jak się poruszać! To tu jest podstawowy problem i zajęcie się nim byłoby wsparciem dla polskiego kapitału. Nie zaś budowa auta elektrycznego przez Rząd.



Wiem, że pomysły obniżki podatków kosztują, a mocne uproszczenie prawa jest trudne ze względu na stado lobbystów. Wiem, że te oczywiste zmiany o których piszę nie są tak spektakularne, jak 500+, czy pomysł budowy ogromnego lotniska. Problem jest jednak taki, że zaczynamy od tyłu. Zanim państwo zacznie rozdawać, trzeba zebrać. Zanim zdecyduje się wejść do gospodarki jako „kreator”, musi to poważnie przemyśleć. Każda złotówka musi być wydawana przez rządzących z największą uwagą i szacunkiem, bo tą złotówkę musiał wcześniej Ktoś wypracować. Ktoś, komu te pieniądze zostały po prostu zabrane, bez pytania o zgodę. Zamiast więc dbać o nadmierny PR, z najzwyklejszego szacunku i wdzięczności, warto zacząć od początku i stworzyć temu Komuś godne miejsce do pracy. Godne nie znaczy, żeby zabrać jeszcze Komuś innemu, tylko żeby po prostu nie stawiać Mu absurdalnych wymagań. I zabierać być może troszkę mniej.

Gdy już będziemy mieli odchudzone państwo, które porusza się w niewielkiej liczbie sektorów. Gdy już w ramach tych sektorów będzie pracować naprawdę dobrze. Gdy dzięki temu nie trzeba będzie zabierać obywatelom tak dużo. Wtedy dopiero możemy kroczek po kroczku myśleć jak nadmiar pieniędzy przenieść gdzieś dalej. Albo jak zaingerować w gospodarkę, żeby przyniosło to odpowiedni skutek. Wtedy każda decyzja będzie mogła być przemyślana, a przez to trafna i dająca nam wszystkim więcej pożytku.

I nikt z rządzących nie ma prawa mówić, że „się nie da”. Jeśli nie da się zacząć od początku i naprawdę przywrócić godności, to zredukujmy liczbę posłów do 50 i rozwiążmy senat. Przynajmniej nie będzie kolejnego skomplikowanego prawa przybywało w takim zastraszającym tempie. A to, że się nie da, nie jest prawdą. To bardzo trudne, prawda, ale nie jest niemożliwe. I jeśli ktoś nie czuje się na siłach, to niech nie idzie do polityki. Są w Polsce zaplecza intelektualistów, którzy od lat opracowują bardzo solidne ekspertyzy i propozycje właśnie zaczęcia od początku. Musimy wiedzieć, że Polska to państwo think-tanków. Niewiele w Europie państw z tak dobrze rozwiniętymi ośrodkami tego typu. Jednocześnie niewiele w Europie Rządów, które tak bardzo nie wykorzystują tej pracy.

Zacznijmy od początku, bo inaczej świat staje na głowie. I zamiast dawać prowadzić ekspansję polskim firmom, rząd próbuje budować wielkie lotnisko na środku kraju i konstruować auto elektryczne. Swoją drogą – od momentu wejścia do życia ustawy o elektromobilności, która miała wesprzeć polską walkę w tej sferze, drastycznie spadła liczba budowanych stacji ładowania dla pojazdów elektrycznych. Po prostu weszła w ten rozwijający się powoli rynek biurokracja i dobiła to, co zaczynało rosnąć.

Wyższe wpływy z VAT i szczelniejszy budżet to olbrzymi sukces, z którego wszyscy musimy się cieszyć

Narracja: „Uszczelnienie >>szlaku paliwowego<< to zmiana epokowa. Nasze służby skarbowe przywróciły powagę państwu”„Sytuacja budżetu po 9 miesiącach jest pozytywna, deficyt na koniec roku będzie dużo niższy, niż sądzili nasi oponenci. To dobra wiadomość, polska gospodarka i finanse są solidne, stabilne i zmierzają w dobrym kierunku”

Fakt: Rządowi udało się „uszczelnić” VAT (luka podatkowa została zmniejszona). Budżet państwa jest w lepszej kondycji niż za poprzednich rządów (poprzedni rok przez większość czasu miał nadwyżkę budżetową)

Realia: Mateusz Morawiecki (najpierw jako „super-minister” a teraz jako Premier) odniósł spore sukcesy w kwestiach fiskalnych. Osiągną wyższą ściągalność podatków – przede wszystkim VAT. W dużej mierze dzięki temu (choć oczywiście pewnie nie tylko) udało się osiągnąć dość dobrą sytuację budżetową. Piszę „dość dobrą”, ponieważ sytuacja budżetowa nie będzie nigdy dobra, jeśli w efekcie nie będzie zrównoważona (wydatki są równe lub mniejsze od przychodów). Na tle poprzedników jednak jest to wyraźny, mocny krok do przodu w kwestii racjonalnego podejścia do finansów.

Wielokrotnie podkreślałem na IT-Blogu Wolnego Człowieka jak istotne jest prowadzenie rozsądnego, zdyscyplinowanego  budżetu osobistego. Nie powinniśmy się zadłużać, lepiej za to odkładać pieniądze i inwestować. Dokładnie te same zasady obowiązują w sferze publicznej, dlatego po raz kolejny biję brawo Premierowi za sukcesy w tej dziedzinie. Problem jednak tkwi gdzie indziej. Sukcesy finansowe rządu, to nie sukcesy gospodarcze państwa! Tak uparcie komunikuje Premier Morawiecki, a jest to absolutna bzdura. To, że budżet się równoważy, nie jest gospodarczym sukcesem tylko psim obowiązkiem Rządu. Budżet nigdy nie powinien być celem samym w sobie. Zbyt często w rozważaniach polityków stoi w centrum, zamiast być traktowany jako bak. Dla Mateusza Morawieckiego najważniejsze zdaje się być zapewnienie budżetowi wpływów, a nie danie swobodnego działania obywatelom. To kompletne odwrócenie rozsądku.

Budżet jest istotny TYLKO do momentu, do którego służy obywatelom. Jeśli zwiększenie dyscypliny finansowej i poprawa ściągalności VAT miałyby służyć następnie obniżce podatków, to ta obniżka dałaby faktycznie sukces gospodarczy, ponieważ bezpośrednio wpłynęłoby to na polską gospodarkę, przedsiębiorców i pracowników. Zwiększyło popyt i zostawiło pieniądze w kieszeniach podatników. Gdy jednak zatrzymujemy się na poziomie „lepiej ściągamy podatki i trzymamy je w budżecie”, społeczeństwo nic na tym nie zyskuje.

Co gorsza – budżetowy sukces Premiera wybrukowany jest utrudnieniem życia przedsiębiorcom. I tutaj już wchodzimy w niebezpieczne rejony. Głównym, nadrzędnym celem, jaki postawił sobie Premier, była lepsza ściągalność VAT. Z tego powodu właśnie nie przejmował się on tym, że uchwalane prawo będzie uciążliwe dla firm. Jednolity Plik Kontrolny to kolejny obowiązek nałożony na przedsiębiorców. Poza tym mamy do czynienia z mechanizmem „Split Payment” (podzielonej płatności), który jest jednym z tych czynników, które już przy okazji tłumaczenia zniechęcają do zakładania działalności gospodarczej nowe osoby. To wszystko jest wprowadzone wyłącznie po to, aby osiągnąć wyższą ściągalność. Po raz kolejny Rząd skomplikował bardzo proste rzeczy i nałożył kolejne obowiązki, ponieważ w jego centrum myślenia jest budżet, a nie obywatel.

Podsumowując: Rząd osiągnął sukces w sferze budżetowej i ściągalności podatków. Nie jest to jednak w żadnej mierze sukces gospodarczy, a tak to uparcie promuje rząd. Dodatkowo lepsza ściągalność podatków jest zbudowana na utrudnieniach dla zwykłego przedsiębiorcy. Po raz kolejny Rząd zamiast wesprzeć uczciwych, utrudnia im życie, a na koniec wykorzystuje to do promowania swoich „sukcesów”.

Podsumujmy

Mateusz Morawiecki komunikuje swoje działania prosto i zrozumiale. Chodzi o dobro najmniejszych, polski kapitał i wspieranie uczciwych firm. Chodzi o to, żeby „państwo było przedsiębiorcze” i jak najmocniej pomagało. Problemem jest to, że Polacy doszli do takiego momentu w zaciskaniu biurokratycznego pasa, że raczej zamiast pomocy, potrzebują luzu.

  • Podwyżka kwoty wolnej od podatku do fikcja
  • Rząd nie obniża podatków, ale je podnosi
  • Rząd promuje się na obniżce ZUS od paru lat, nic z tym nie robiąc
  • W kwestii wsparcia polskiego kapitału, Rząd zaczyna od tyłu. Nie słucha do tego postulatów przedsiębiorców
  • Wyższe wpływy z VAT i lepszy budżet to nie sukces gospodarczy, a fiskalny. To Rząd ma z tego tytułu korzyści, a nie obywatele

Jeśli podobał Ci się ten artykuł, polub mój profil na Facebooku i podaj go dalej. Zapraszam również do zapisania się do newslettera


Ja nazywam się Marek Czuma, a to jest IT-Blog Wolnego Człowieka

Piszę do Ciebie Prosto z Łodzi